Teksty powstawały w mojej głowie w czasie wielogodzinnych imitacji na Munamegi, o 3 nad ranem na truchcie w Śnieżnej Farmie, na Czerwonych Wierchach w zawierusze takiej, że czubka własnego nosa nie było widać, na nartach w trzydziestospniowym mrozie w Livigno, w tubie rezonansu magnetycznego, niektóre objawiały się na suficie i w wielu dziwacznych miejscach i sytuacjach. Dawały cudowną chwilę spokoju i zapomnienia.
Za mną piękna zima. Jestem bardzo zadowolona z jej rezultatów. Super walczyłam z armią czerwonych Goliatów. Ugrałam znacznie więcej niż można się było przed sezonem spodziewać. Jestem też dumna z mojej perełki - klasyka, którego zazdroszczą wszyscy. Zawiodłam się tylko na jednym gościu...
Pamiętacie list, który do Mikołaja do Rovaniemi podrzuciłam? No.. Przyjechał do Val di Fiemme. Tylko wszystko mu się pomieszało!:) Najpierw mnie za warkocz pociągnął, żeby sprawdzić, czy ja to ja. W efekcie wylądowałam na kolanach. A potem stwierdził, że jak już jest we Włoszech, to chce gorącego słoneczka, a nie jakiejś tam zimy. Zapomniał tylko, że na "wodę" nart nie mam dobrych... Ach, te temperamentne Włoszki.. Ach, to pyszne czerwone wino..:))
Jak zakończyć, też nie mam pomysłu. Chyba najlepiej wprost.
To niestety ostatni mój tekst na NaTemacie. Dziękuję Redakcji za możliwość odkrycia, jak fajnie się dzielić życiem i myślami z kibicami. Po długim namyśle postanowiłam jednak, że najlepszym miejscem pisania tego swoistego pamiętnika będzie moja strona internetowa. A dwóch naraz nie dam rady prowadzić. Nie będzie się tam za bardzo narzucał, mniejsza siła rażenia, mniej wyrywania zdań z kontekstu:) A i sponsorzy będą bardziej zadowoleni:)
Do przeczytania zatem.
