Coś się kończy

Nie wiem, jak zacząć. Zbieram się do tego tekstu praktycznie od Val di Fiemme. Nie będę Wam tu robić analizy psychiczno-fizyczno-smarowawczej, bo to zupełnie bez sensu. Zbyt banalne. Zresztą, każdy kto interesuje się biegami ma swoją, podpartą niepodważalnymi argumentami, teorię. A przyczyna, jak to zwykle bywa, jest tak prosta, tak ludzka, że aż głupio.

Moi Drodzy! Wierzcie bądź nie, ale pisanie tego bloga było dla mnie lekarstwem, nadzieją, radością. Miałam takie momenty latem, że tylko czekałam, aż minie kilka dni, żebym mogła pisać dalej. No bo jakbym Wam wysyłała teksty co dzień, to byście pewnie myśleli, że nic więcej nie robię, tylko klikam w klawiaturę:) A że mistrzem klikania nie jestem, więc mielibyście sporo racji:))

Teksty powstawały w mojej głowie w czasie wielogodzinnych imitacji na Munamegi, o 3 nad ranem na truchcie w Śnieżnej Farmie, na Czerwonych Wierchach w zawierusze takiej, że czubka własnego nosa nie było widać, na nartach w trzydziestospniowym mrozie w Livigno, w tubie rezonansu magnetycznego, niektóre objawiały się na suficie i w wielu dziwacznych miejscach i sytuacjach. Dawały cudowną chwilę spokoju i zapomnienia.

Za mną piękna zima. Jestem bardzo zadowolona z jej rezultatów. Super walczyłam z armią czerwonych Goliatów. Ugrałam znacznie więcej niż można się było przed sezonem spodziewać. Jestem też dumna z mojej perełki - klasyka, którego zazdroszczą wszyscy. Zawiodłam się tylko na jednym gościu...

Pamiętacie list, który do Mikołaja do Rovaniemi podrzuciłam? No.. Przyjechał do Val di Fiemme. Tylko wszystko mu się pomieszało!:) Najpierw mnie za warkocz pociągnął, żeby sprawdzić, czy ja to ja. W efekcie wylądowałam na kolanach. A potem stwierdził, że jak już jest we Włoszech, to chce gorącego słoneczka, a nie jakiejś tam zimy. Zapomniał tylko, że na "wodę" nart nie mam dobrych... Ach, te temperamentne Włoszki.. Ach, to pyszne czerwone wino..:))

Jak zakończyć, też nie mam pomysłu. Chyba najlepiej wprost.
To niestety ostatni mój tekst na NaTemacie. Dziękuję Redakcji za możliwość odkrycia, jak fajnie się dzielić życiem i myślami z kibicami. Po długim namyśle postanowiłam jednak, że najlepszym miejscem pisania tego swoistego pamiętnika będzie moja strona internetowa. A dwóch naraz nie dam rady prowadzić. Nie będzie się tam za bardzo narzucał, mniejsza siła rażenia, mniej wyrywania zdań z kontekstu:) A i sponsorzy będą bardziej zadowoleni:)

Do przeczytania zatem.
Trwa ładowanie komentarzy...