Bo akurat to jest bardzo łatwe. Trzeba spróbować odpocząć, ale nie przestać ciężko trenować. Zadbać o dietę, ale nie odpuścić czekoladek, bo organizm takiego szoku mógłby nie przeżyć:) Poukładać sobie w głowie dziesiątki możliwych rozwiązań taktycznych na biegi, ale nie zapętlić się i przypadkiem nie spalić jeszcze przed startami (to zadanie już odrobione). Dbać o zdrowie - bez przesady oczywiście. I zapanować nad tysiącem innym maleńkich szczegółów, które złożą się na, mam nadzieję, radość w Val di Fiemme...
A jeśli już o dbałości o szczegóły, to wiecie skąd się tego uczyłam? Gdzie to było najbardziej obrazowo i dobitnie przedstawione? Gdzie napisane było, że trzeba harować do utraty tchu? W książkach Armstronga. Nic tam nie wyczytałam o żadnych koktajlach;)
Mój główny wniosek jest następujący... Od paru lat jestem wciąż monitorowana. Sikam przy obcych ludziach. Spowiadam się z każdego kroku. Zastanawiam się nad każdym kęsem jedzenia, którego pochodzenia nie znam. Leczenie zwyklego przeziębienia stało się szeroko zakrojoną akcją logistyczną. Nie mogę ketonalu domięśniowo dostać, jak krzyż na obozie odmówi jakiejkolwiek współpracy...
Wierzyłam w te wszystkie kontrole... Resztę dopowiedzcie sobie sami...
Koniec i kropka.
